Czy NATO i UE się skończą?
Jako naturalny optymista nie lubię głosić czarnych wizji. Zostawiam to konserwatystom, którym od wieków niebo stale wali się na głowy, więc permanentnie skomlą jakoby dyżurne Kasandry. Ale ostatnie tygodnie napawają mnie obawą o przyszłość NATO oraz Unii Europejskiej. Czy instytucjom tym grozi krach? Podział na dwie części albo wręcz dezintegracja?Skąd taka myśl? Jeśli chodzi o Unię, bierze się ona stąd, że aktualny kryzys gospodarczy wyzwala w przywódcach niektórych krajów najgorsze instynkty. Pomysł emisji euroobligacji tylko dla członków strefy euro w bezpośredni sposób pogorszyłby szanse pozostałych krajów UE na pomyślne przetrwanie kryzysu. Był mimo to forsowany przez niektórych liderów z Sarkozym i Berlusconim na czele. Do tego dochodziły idee protekcjonistyczne, używanie pieniędzy publicznych do tworzenia mechanizmów-zachęt, które inspirowałyby koncerny do zamykania fabryk i likwidowania miejsc pracy w jednym kraju członkowskim UE a tworzenia ich w drugim. Egoizm podszyty socjalizmem objawił się z całą mocą w niektórych stolicach Europy, gdy na Stary Kontynent zawitała burza kryzysu. Rodzi to pytanie, czy Unia jest wspólnotą tylko na piękną pogodę? Czy w obliczu trudności wszystkie jej podstawowe ideały i fundamentalne zasady o wolnym przepływie osób, towarów, kapitału i usług będą po prostu zawieszane? Nie można liczyć na wzajemne wsparcie sojuszników? Jeśli tak to ma wyglądać, to obok sensu istnienia UE pojawić się może znak zapytania. Na razie mały, ale kto wie, co będzie dalej.
Nic lepiej z NATO. Wobec litewskich wątpliwości co do zasadności przywrócenia normalnych stosunków z Rosją (a były to wątpliwości jak najbardziej zrozumiałe, w końcu Rosjanie nie wypełnili postanowień umowy wynegocjowanej przez francuską prezydencję w zeszłym roku) i ich zapowiedzi ewentualnego weta, zareagowały Niemcy i Francja. Oba te kraje zapowiedziały w takim wypadku retorsje, polegające na zablokowaniu współpracy Paktu z Ukrainą i Gruzją. Narasta pytanie, czy wartości, na których NATO jest ufundowane dla tych ludzi coś jeszcze znaczą? Czy mamy w ogóle jeszcze wspólne cele strategiczne w NATO? Być może Sojusz nie ma już dalszej racji bytu i należy się rozejść? Tylko koncyliacyjna polityka aktualnego prezydenta USA, któremu z przyczyn obiektywnych musi zależeć na współpracy z Rosją (transporty dla wojsk w Afganistanie, nacisk na Iran), rozładowuje nieco sytuację. Gdyby w Białym Domu siedział John McCain być może pęknięcie NATO na dwie grupy o zróżnicowanych celach strategicznych już byłoby faktem. Zachowanie niektórych państw Europy zachodniej napawa dwoma smutnymi konstatacjami. Po pierwsze, ich stosunek do wartości wolności i obrony słabych państw przed agresją dużego sąsiada zaczynają być ambiwalentny. Ostatnio usłyszeliśmy o protestach wobec stworzenia w kwaterach NATO strategii obrony takiego państwa jak Estonia przed takim jak Rosja, żeby Moskwy nie prowokować. Trzeba na serio postawić dramatyczne pytanie: czy Niemcy lub Francja przystąpiłyby do zbrojnej obrony Estonii przed Rosją, gdyby ta druga zaatakowała militarnie Tallin? Każda odpowiedź poza twierdzącą, oznacza, że NATO już nie ma. Po drugie, zakulisowe wpływy Rosjan w Europie zachodniej, będące pochodną ich inwestycji energetycznych, rosną w szybkim tempie. Czy ten proces będzie trwał nadal? Jaki będzie jego rezultat? Do jakiego poziomu może to dojść? Czy wkrótce Rosja będzie przemawiać głosem zachodnioeuropejskich stolic?
