Mój raport o śmierci Roberta Dziekańskiego
Są zabójstwa, których nikt nie osądzi. Typowym przykładem jest mord na lotnisku w Vancouver. Broń użyta do tego mordu jest znamienna. Jej sukces, jej rozwój i popularność, też są znamienne. Ta broń jest genialna. A jej geniusz, jej ukryte znaczenie, schowany mechanizm, ukryty trick, polega na jej dwoistości. Z jednej strony jest to nieszkodliwe narzędzie. Ot, paralizator do chwilowego oszołomienia. Ale czasem staje się morderczą bronią. I nigdy nie wiadomo kiedy się ten drugi, ukryty mechanizm ujawni.
To nieprawda, że od taserów giną tylko narkomani i alkoholicy (to wersja piarowska, mająca zohydzić ofiary i uspokoić sumienia). Albo kto ma słabe serce – to już wersja prawdziwsza. Ale prawda jest taka, że zginąć może każdy. Broń, która czasem zabija. To właśnie stanowi o jej niezwykłym uroku. Można grać w rosyjską ruletkę z podejrzanym. A wszystko absolutnie bezkarnie. W razie czego przełożeni nas kryją. W razie czego przecież nic nie wiedzieliśmy. Jesteśmy w porządku. Czyściutcy.
Producenci i sprzedawcy taserów występują w głównym wydaniu dziennika i zapewniają, że ich broń jest zupełnie nieszkodliwa. Jeden nawet sam się poddał próbie, na oczach telewidzów, poraziło go i nic, tylko wrzasnął, otrząsnął się i już znowu był uśmiechnięty. To nic takiego, mówił do telewidzów, masując sobie nogę, trochę zabolało i tyle. Tak więc można się tym bawić, i czasem kogoś zabić przypadkiem – będzie miła niespodzianka, urozmaicenie rutyny patrolu.
Czy aby na pewno niespodzianka? Wiadomo, że przekroczenia dawki prądu, dwukrotnie albo trzykrotnie, delikwent nie przetrzyma. Więc można pomóc przypadkowi, rażąc go dwukrotnie czy kilkakrotnie. Kto to zbada? Kto to sprawdzi? Nikt. Akurat w Vancouver mordercy mieli pecha. Pecha, który coraz częściej prześladuje zbrodniarzy. A tym masowym wrogiem zbrodni stała się miniaturyzacja i popularność aparatów fotograficznych i kamer, a zwłaszcza ich obecność w telefonach komórkowych. Zawsze i wszędzie może się znaleźć ktoś, kto nagrywa. Nigdy nie możemy być pewni dyskrecji.
Zdawałoby się – puste miejsce. Lotnisko o drugiej nad ranem. A potem skądś wyłazi jakieś cholerne nagranie. Cholerne nagranie” policja kanadyjska oczywiście natychmiast skonfiskowała i chciała zachachmęcić. Nie udało się. Nagrywacz okazał się zdeterminowany. Nagranie znalazło się w Internecie i obiegło świat. Zbrodnia wymknęła się zza zasłony. Wychynęła bezwstydnie na światło dzienne, na jasną stronę Ziemi. Czy to coś zmieniło? Nic. Dla ochrony morderców mamy przecież inne środki. Zdyskredytować ofiarę – specjalna ekipa przyjedzie z Kanady do Polski węszyć w życiorysie zabitego i na pewno coś znajdą, a jak nie, to sfabrykują. Że co? Że życiorys ofiary nie usprawiedliwia mordu? Ależ owszem, jak najbardziej, mord można usprawiedliwić wszystkim, wszystkim...
To, jak protektorzy oprawców potrafią kłamać w żywe oczy, widać było w wypowiedziach kanadyjskich oficjeli. Ofiara, według nich. była niebezpieczna dla otoczenia jeszcze po pierwszym strzale, jeszcze leżąc na ziemi i zwijając się z bólu i wyjąc. Stanowiła zagrożenie terrorystyczne dla lotniska, pasażerów, dla miasta Vancouver i dla Kanady.
Film mówi co innego? Tym gorzej dla filmu! Nasza wersja jest prawdziwa. Nasi ludzie są niewinni. Zostali napadnięci przez terrorystę, bohatersko się bronili, terrorysta umarł, ale bez związku z taserem, po prostu przejadł się, zjadł coś niestrawnego w samolocie, wiadomo jakie świństwa serwuje catering w samolotach...
Od początku świata żadna śmierć ofiary mordu oficjalnego nie ma związku z mordem, jest "śmiercią z przyczyn naturalnych”, "przy próbie ucieczki”, "wskutek tajemniczej choroby” itp. I rzeczywiście. To prawda. Śmierć Roberta Dziekańskiego nastąpiła ”z przyczyn naturalnych”. Od milionów lat zabijamy osobników z innych plemion, które dostały się na nasz teren. Teraz trochę rzadziej, ale przecież to się zdarza. To naturalne zachowanie mamy zapisane w genach. Więc jest rzeczą całkiem normalną, że go zabiliśmy.
Czy można postawić przed sądem geny? Nie można. Dlatego żaden z czterech morderców nigdy przed żadnym sądem nie stanie. Będą żyć długo i szczęśliwie, chodzić w chwale, poklepywani z uznaniem przez zwierzchników. Do zawodów ciągną ludzie... do zawodów ciągną ludzie, których coś tam ciągnie. Którzy mają cechy, jakie dany zawód pozwoli rozwinąć. Którzy mają marzenia, jakie w danym zawodzie uda się spełnić. Tak jak na księży i pedagogów idą pedofile, tak do policji i służb specjalnych ciągną ci, którzy marzą o wyładowaniu nadmiaru agresji, o możliwości bezkarnego znęcania się nad słabszym i bezbronnym.
Znamienne jest to zdanie "Piotrusia”, policjanta podsłuchanego przy okazji nie pamiętam już jakiej sprawy kilka lat temu. Rozmowa, ujawniona w mediach, zbulwersowała opinię publiczną z jakiegoś tam, dla mnie zupełnie błahego powodu. Bo mnie w tej rozmowie zbulwersował jeden szczegół, na który nikt nie zwrócił uwagi. Swoją drogą dziwne, bo właśnie to, tych kilka słów które padły mimochodem, powinno zostać wybite na krzyczący tytuł na pierwszych stronach gazet. Otóż policjant ów, wśród innych, banalnych spraw, opowiada o koledze, który musiał już zastrzelić trzy osoby i jest tym faktem bardzo zdeprymowany, a nawet jest pod opieką policyjnego psychologa. I tu nasz podsłuchany "Piotruś” dodaje cztery znamienne słowa, od których przechodzi dreszcz: "...a ja wciąż czekam...”
Dlaczego tak lubimy zabijać? Z przyzwyczajenia. W końcu od milionów lat robimy głównie to.
