Jarek, Kazio, Zyta, Nicolas i spóła
Niech Kazio Marcinkiewicz powie dlaczego nic nie robił tysiącom, głównie młodych Polaków, których kredyty w obcej walucie są już znacznie więcej warte niż nieruchomości, które za nie kupili czy zbudowali. Kazio jednak woli zarabiać krocie w Goldman Sachs, czyli jednej z firm spekulacyjnych, które za spadek wartości polskiej waluty są bezpośrednio odpowiedzialne.
Jarek, Kazio, Zyta, Nicolas i spóła
Cała europejska klasa polityczna debatuje dziś o kryzysie, jego przyczynach, skutkach i przede wszystkim pomysłach na złagodzenie przebiegu i przyspieszenie jego zakończenia. Większość pomysłów jest zła, gdyż dyktowana typowym dla polityka instynktem natychmiastowego zaspokojenia oczekiwań elektoratu. A ten, jak to zwykle, w czasach kryzysu chce prezentów od państwa. W ten sposób kryzys się przedłuża, a przede wszystkim struktury gospodarki po wyjściu z niego są mniej odporne na następne zawirowania na rynku. Oczywiście, nie sposób udowodnić tego stanu rzeczy, ludzi interesuje tylko to, że rząd „coś robi” i „dba” o nich.
W środku debaty jest też Polska. Socjaliści z lewa i prawa nawołują do powiększania deficytu i pompowania pieniędzy podatników (głównie przyszłych generacji) w nakręcanie popytu. Strategia taka oczywiście musiałaby oddalić perspektywę wejścia do euro. Prawicy socjalnej w to graj, bo euro nie chce z przyczyn nacjonalistycznych. Lewica proeuropejska, z Dariuszem Rosatim na czele, mówi, że „trudno”. Na pewno do euro można było już wejść, jak Słowacja. Niestety, na okres najlepszych koniunkturalnie lat przypadł rząd PiS, który ideologicznie euro odrzucał i wolał wygodnie administrować i rozdawać dodatkowe środki z podatków, radośnie dryfując. Tak samo jak rządy SLD-PSL w latach 1993-97, które zmarnowały najlepszy moment do reform strukturalnych kraju. Pech chciał.
Pech ten trafił w polskich obywateli z wielką mocą. Lepiej ich nie denerwować i nawet nie mówić, jak różniłaby się ich dzisiejsza sytuacja, gdybyśmy od 1 stycznia mieli euro. Ale trzeba o tym wspomnieć, aby pokazać odpowiedzialność naszych polityków z partii prawej i sprawiedliwej, którzy teraz nagle mają tak wiele recept i genialnych pomysłów, jak kryzys pokonać. Żadna polska firma nie upadłaby przez opcje walutowe. Niech się Jarek Kaczyński jedzie tłumaczyć np. do gdańskiej stoczni „Remontowej”, której 6000 pracowników może stracić pracę, gdyż firma stanęła przez rozchwiany kurs złotówki na skraju bankructwa. Niech Kazio Marcinkiewicz powie dlaczego nic nie robił tysiącom, głównie młodych Polaków, których kredyty w obcej walucie są już znacznie więcej warte niż nieruchomości, które za nie kupili czy zbudowali. Kazio jednak woli zarabiać krocie w Goldman Sachs, czyli jednej z firm spekulacyjnych, które za spadek wartości polskiej waluty są bezpośrednio odpowiedzialne. Najlepiej oceniany polski premier po 1989* roku podwójnie Was dobił, miejcie tego świadomość i przestańcie popierać tego farfocla. Gdybyśmy płacili w euro, bardziej skorzystalibyśmy ze spadku cen paliw na świecie. Pamiętaj o tym za każdym razem, gdy tankujesz. Pustka w twoim portfelu ma konkretne twarze. Są to twarze Kaczyńskich, Marcinkiewicza czy Zyty Gilowskiej. Zagraniczni inwestorzy nie uciekaliby z kraju, nie wyprzedawali akcji polskich firm w obawie przed stratą na przewalutowaniu (jeśli masz jednostki funduszy inwestycyjnych, to już wiesz, czyją sprawką są twoje straty). W ogóle nie byłoby wahań kursowych, gdyż to słabe waluty, jak złotówka, przyciągają spekulantów, którzy zarabiają te pieniądze, które ty straciłeś. Przynoszą złą sławę wolnemu rynkowi i dlatego są podwójnie szkodliwi. Ale do Polski zastali zaproszeni przez Jarka, Kazia i Zytę. Witold Gadomski ocenia, iż straty spowodowane brakiem euro idą już w setki miliardów złotych. Kwestia czasu, aż ekonomiczni geniusze z PiS będą mogli odtrąbić dobicie do biliona.
Podobnych geniuszy nie brak i poza naszymi granicami. W obliczu kryzysu są tacy (zawsze tacy się znajdą i to w dużych ilościach), którzy proponują rozwiązania dokładnie przeciwne od tych, po które najlepiej jest sięgnąć. Przykładem wybitnym jest konserwatywno-socjalistyczny prezydent Francji Nicolas. Nicolas proponuje pogrzebanie zasad wspólnego rynku w UE. Sięga po czysty protekcjonizm, aby ratować miejsca pracy we Francji. Nie rozumie, że uratowane w krótkim terminie posady w fabryce Renault mają wysoką cenę w postaci utraty dużo większej ilości miejsc pracy i pieniędzy, które generuje wolność wymiany handlowej w Europie. „Wspólny rynek dotyczy także lokalizacji fabryk”. To najlepszy komentarz do tych zapędów. Jego autorką jest liberalna komisarz Neelie Kroes z holenderskiej VVD.
Innym pomysłem Nicolasa, i nie tylko jego, była emisja euroobligacji. Wspólnych papierów dłużnych państw strefy euro. To w zasadzie pomysł racjonalny, jeśliby miały one zastąpić obligacje narodowe. W ten sposób można by taką samą sumę pieniędzy pożyczyć mniejszym kosztem lub większą kosztem takim samym, gdyż oprocentowanie euroobligacji byłoby pewnie niższe niż obligacji poszczególnych państw. Tyle że stanowiłoby to także przypieczętowanie podziału Europy na dwie prędkości. W połączeniu z protekcjonizmem rynków narodowych postawiłoby wręcz sens integracji europejskiej pod znakiem zapytania! Zagrożenie euroobligacją na razie wydaje się odsunięte. Ponieważ jednak jej wprowadzenie musiałoby oznaczać wzrost oprocentowania polskich obligacji, a więc wyższe koszty finansowania deficytu budżetowego (który Rosati z PiSem chcą w dodatku zwiększać), to Polska powinna ostro tą sprawę stawiać. Póki co udało się Tuskowi po dobroci. Gdy jednak kryzys będzie się przedłużał, temat wróci jak bumerang. Wówczas należy wyraźnie powiedzieć, że zablokujemy ratyfikację traktatu lizbońskiego, jeśli euroobligacje obejmą tylko strefę euro.
Oczywiście widmo euroobligacji to kolejna bieda, którą sami sobie napytaliśmy nie wchodząc do euro wraz ze Słowacją. Polski rząd ma wiele wad, ale jego metoda reakcji na kryzys wydaje się nie najgorsza. Nie można zwiększać deficytu budżetowego, bo ważniejsze jest spełnienie warunków ERM II i utrzymanie zdrowych finansów publicznych. Wielkie inwestycje publiczne są realną opcją tylko dla bogatych krajów, takich jak USA. Tam taka polityka może ma i sens. W Polsce trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że póki co inwestycje państwowe i polityka zwiększania budżetów przez kraje Zachodu nie działa. Kryzys się pogłębia. Setki miliardów dolarów, które Bush przeznaczył na „ratowanie” banków przepadły nie wiadomo gdzie, bo jest to tajne. Oszczędności, redukcja podatków i ułatwienia dla działalności przedsiębiorców, a więc pomoc państwa przy zwiększaniu podaży (nie popytu) to droga bezpieczniejsza i lepsza dla kraju takiego jak Polska. Jeśli udałoby się jeszcze przekonać zagranicznych inwestorów, że sytuacja Polski jest inna niż Węgier czy Łotwy, to Polska mogłaby z tego kryzysu wyjść relatywnie silniejsza ekonomicznie w stosunku do innych państw. Szczególnie że nie będzie miała do spłaty nowych kolosalnych długów i będzie miała więcej pola do dalszej redukcji obciążeń podatkowych obywateli.
*sonadażową popularność Kazia można zrozumieć tylko, jeśli zestawi się jego poparcie z wynikami sondażu o religijnych postawach Polaków. Wynika z nich, że 95% obywateli uważa się za katolików, zaś o istnieniu Boga przekonane jest 60%. Podejrzewam, że Kazio może cieszyć się dozgonnym poparciem właśnie 35% Polaków, czyli niewierzących katolików.
