Beniuszys: Polskanistan
Polskanistan
Polskanistan objawił się z wielką mocą w czasie nieudanej „próby” przeniesienia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia do kościoła św. Anny. Pomimo moralnej tarczy obronnej złożonej z (wyłącznie „rosłych” i pełnoletnich) harcerzy, którzy krzyż tam pochopnie postawili w dniach narodowej żałoby oraz autorytetu kościoła obecnego w postaci duchownych, Polskanistan uniemożliwił odprawienie procesji, religijnej ceremonii, wywołując zamieszki, rzucając obelgi oraz bezczeszcząc narodowe świętości. Polski taliban w czystej postaci, fanatycy, którzy całkowicie zatracili poczucie tego czym jest religia i patriotyzm w swoim chorym obłędzie. Dla celów ekspresji swojej nienawistnej postawy politycznej nie zawahali się użyć czysto przedmiotowo krzyża jako narzędzia walki. Stali się gwałcicielami krzyża, symbolu religijnego, uosabiającego dokładnie przeciwne ich postawie wartości. Na czele z Leszkiem Bublem oraz facetem, który 2 lata temu wybrał się z łopatą pod Powązki, aby wykopać z Alei Zasłużonych Bronisława Geremka, taliban zrobił dokładnie to, co zapowiadał i czego należało się spodziewać. Ludzie ci ponoszą oczywiście odpowiedzialność za swoje postępowanie, nawet jeśli oczywista częściowa niepoczytalność winę wielu z nich w pewnym stopniu zmniejsza. Pełną odpowiedzialność ponoszą zaś szczujący tych ludzi, cynicznie i zza węgła, bo przecież nieobecni tam wczoraj, politycy partii, której przewodzi Jarosław Kaczyński.
Gwałciciele krzyża działali wczoraj zgodnie z klasyczną, dobrze dzięki historii już poznaną, logiką totalitarnego tłumu. Fanatyczni aż do granicy, za którą jest już tylko przemoc. Przy czym, na tradycyjnie polsko-romantyczny sposób, nastawieni raczej, aby przemocy być ofiarą niż sprawcą, nawet jeśli oczywiście najpierw prowodyrem. Ślepi na wartości, pozbawieni indywidualnej refleksji i resztek racjonalności, wpatrzeni w nieobecnego wczoraj fizycznie, ale za to we wznoszonych okrzykach przywódcę. Zamknięci na dyskusję i argumenty, wszędzie upatrujący biologicznych wrogów narodu, którego pojęcie ograniczają do własnej gromady. Dysponujący nieuporządkowanym zbiorem haseł, idei i żądań, który traktują za swoje credo, nie akceptując niezgody innych na jakikolwiek jego element. Co więcej, żądający jasno podporządkowania się innych ich widzeniu świata pod groźbą banicji czy ekskomuniki. Ich symbolem stał się krzyż. W kontekście talibanu na Krakowskim Przedmieściu tamten krzyż przestał być jednak symbolem nieograniczonej miłości do człowieka, co stanowiło przecież przesłankę dla poniesienia na nim śmierci przez Jezusa. To chyba oczywiste. Stał się, oby na jak najkrócej, symbolem totalitarnej ideologii skrajnych, gardzących majestatem Rzeczpospolitej i sutanny, skłonnych do przemocy fanatyków. Gwałciciele krzyża sprowadzili go wczoraj do roli podobnej, jaką w przeszłości wypełniały czerwona gwiazda i swastyka.
Z taką postawę nie można szukać kompromisów, trzeba stawić jej, niestety, czoła. Nie okazało się to możliwe. Państwo i kościół skapitulowały przed talibanem. W decyzje hierarchii kościelnej nie chcę wnikać. To jej wewnętrzna sprawa i wybór, którego konsekwencje poniesie. Kościół błędnie utrzymuje, że nie jest stroną w tej sprawie. Nawet jeśli bowiem przyjąć, że hierarchia kleru stroną nie jest (jak rozumiem, w konsekwencji, hierarchia uznaje, że nie będzie już także stroną w sporach o obecność krzyża w szkołach i innych miejscach podobnie publicznych jak Krakowskie Przedmieście), to stroną jest Kościół przed duże K, a więc wspólnota wiernych. Mocno na pewno podzielona w ocenie tego problemu. Wielu z nich czeka na mądrą wskazówkę pasterzy Kościoła.
W każdym razie nie do przyjęcia jest kapitulacja państwa przed talibanem. Wynika ona z tego jednak, że żarowi przekonań i ideologicznych poglądów gwałcicieli krzyża władza PO nie ma nic do przeciwstawienia. To letnia, technokratyczna, wypłukana z idei partia i taki rząd też tworzy. Tymczasem aż prosi się przecież, aby właśnie Platforma była ideowym przedstawicielem i krzewicielem silnego, owszem nie zawaham się tego tak sformułować, także ideologicznego przywiązania do takich wartości jak państwo prawa, konstytucjonalizm, wolność, obywatelski model współżycia społecznego, tolerancja, laickość instytucjonalna połączona z estymą względem każdego wierzenia, szacunek dla demokratycznej Rzeczpospolitej. Niestety, PO programowo odstąpiła od zaangażowania w debatę o wartościach i kreślenie ideowego rysu własnej władzy, do którego mógłby się odwoływać Polak przeciwny talibanowi. Postawiła na „orliki”, stadiony i schetynówki zamiast na mozolne konstruowanie obywatelskiego etosu, pomimo iż ten zaledwie 21 lat po odzyskaniu niepodległości nadal jest słaby i, jak widać to było wczoraj, przytłaczany przez złe nawyki odziedziczone z epok zaborów i PRL. Wybrała depolityzację społeczeństwa, dla niej ideał obywatela to obywatel zajęty pracą i rodziną, a poza tym „grillujący”, nie angażujący się w debatę publiczną, w nikłym stopniu świadomy problemów społoczno-politycznych, nie aspirujący do patrzenia władzy PO na ręce (który to nawyk znów odbije się czkawką, jeśli do władzy wrócą mocodawcy talibanu). Otóż człowiek, którego horyzont zakreśla karkówka i kiełbasa z rusztu, nie jest w stanie stawić czoła wpływom talibanu w jego wspólnocie społecznej. Nie obroni państwa PO, gdy taliban przypuści na nie frontalny atak. Pomimo ewidentnego absurdu używanych przez gwałcicieli krzyża argumentów, nie będzie miał żadnych własnych, które mógłby im przeciwstawić, co jest już przynoszącą czarną rozpacz konstatacją całkowitej klęski intelektualnej. Wczorajszy dzień był dzwonkiem alarmowym dla rządu. Letnia polityka administrowania infrastrukturą to za mało, aby utrzymać demokrację. A zarówno niektóre zdarzenia lat 2005-7, jak i dzień wczorajszy, pokazują, że obecny system polityczny nie musi być w Polsce wieczny.
