"Prywatyzując Polskę" - recenzja
Książka Elizabeth C. Dunn jest książką interesującą co najmniej z trzech powodów. Powody te są ze sobą silnie związane i uzupełniają się wzajemnie. Po pierwsze, książkę tę napisała Amerykanka. Po drugie, Elizabeth C. Dunn napisała tę książkę z perspektywy antropologicznej. I po trzecie wreszcie, sam temat jej pracy może budzić pewne kontrowersje wśród części polskich czytelników.
No właśnie – temat. Nie ulega wątpliwości, że wiedza o polskiej transformacji (i o transformacji w krajach byłego bloku wschodniego) jest potrzebna. Co więcej, cały czas odczuwamy brak publikacji, które w przystępny sposób przedstawiałyby czytelnikom rzetelną analizę owych procesów przemian, zarówno w obrębie gospodarki, jak i (a może przede wszystkim) w dziedzinie stosunków społecznych. Natomiast sposób, w jakim mówi się o ostatnim dwudziestoleciu przemian w Polsce jest co najmniej specyficzny. Ta politologiczno-socjologiczna mieszanka, tworząca się i tworzona po to, by nazwać i „udomowić” pewne procesy, może być w jakimś stopniu pomocna, ale w dłuższej perspektywie raczej szkodzi, szczególnie, kiedy wkrada się do języka publicystyki. Może powodować zamknięcie się na inną rzeczywistość (w tym wypadku rzeczywistość rzeszowskiej fabryki przetworów owocowych) i niechęć do wyjścia poza ogólnie znane i ogólnie przyjęte schematy. Zupełnie tak, jak w recenzji książki Davida Osta, napisanej przez Rafała Ziemkiewicza, w której interpretacjom opartym na badaniach terenowych przeciwstawia się własne przekonanie o swojej nieomylności, jeśli chodzi o analizę życia społecznego w Polsce. Wydaje mi się, że powinniśmy być bardziej wrażliwi i odpowiedzialni, jeśli chodzi o użycie języka i może warto przynajmniej zastanowić się nad tym, czy język, który z pewnością pasuje do raportów socjologicznych, w równym stopniu nadaje się do opisywania rzeczywistości w codziennej gazecie. W tym miejscu upatrywałabym roli tak zwanej perspektywy antropologicznej, którą niewątpliwie reprezentuje Elizabeth C. Dunn w swojej książce. Antropologia jako dyscyplina, która, by się tak wyrazić, posiada „bogate doświadczenie” związane z kolonializmem, jest dzisiaj jedną z niewielu nauk społecznych, mającą nieufny stosunek do języka neoliberalizmu i neoklasycznej analizy. Książka Dunn prezentuje niebanalne ujęcie polskiej transformacji. Autorka „bierze na warsztat” tych kilka „wszechogarniających” zdawałoby się pojęć (jak korupcja, prywatyzacja, marketing niszowy czy kontrola jakości) i wypełnia je żywą, „gęstą” rzeczywistością.
Perspektywa przyjęta przez Elizabeth C. Dunn pozwala zwrócić uwagę na pewne aspekty do tej pory zbyt często pomijane w refleksji nad polską transformacją ustrojową. Po pierwsze, zbyt łatwo odrzucono doświadczenie czterdziestu pięciu lat socjalizmu. Większość polskich i zagranicznych intelektualistów uznało socjalizm za rozdział zamknięty, epokę „niebyłą” i w zasadzie niezdolną wnieść nic (a już na pewno nic pozytywnego) do nowych reguł tworzącej się demokracji. Elizabeth C. Dunn pokazuje, że to był błąd, a jeśli nie chcemy używać tak ostro nacechowanych pojęć, to z pewnością możemy tu mówić o swego rodzaju „niedopatrzeniu” lub „przemilczeniu” dosyć istotnych kwestii. Głębsza analiza, choćby właśnie taka, z poziomu jednego przedsiębiorstwa, pomaga zrozumieć, że nie da się wyrzucić ze świadomości społecznej tego, co działo się w Polsce pomiędzy 1945 a 1989 rokiem. Mało tego, obarczenie okresu socjalizmu w Polsce ładunkiem cech jednoznacznie negatywnych, stworzenie sobie takiego prywatnego „Innego” dla potrzeb nowej gospodarki rynkowej, może mieć dosyć poważne konsekwencje, prowadzące do wykluczenia ogromnych grup społecznych, włączając w to grupy, które tak znaczącą rolę (i pozytywną, a jakże!) odegrały w procesie przemian w latach dziewięćdziesiątych. Zbyt łatwo przechodzi się do porządku dziennego nad faktem, że to właśnie w ramach socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej, tej „karykatury” amerykańskiego fordyzmu, doszedł do głosu ruch społeczny o tak wielkim znaczeniu.
Nowa rzeczywistość gospodarcza i polityczna stworzyła nowe rodzaje osobowości, przez ową rzeczywistość aprobowane i promowane. Część osób scharakteryzowano jako nowoczesnych, kreatywnych, krytycznie myślących indywidualistów, zdolnych do działania i wpisania się w nowe schematy pracy i myślenia o niej. Innym pozostawiono rolę zacofanych, sztywnych, ograniczonych osób, zdolnych do działania tylko w „przestarzałym” systemie opierającym się na kolektywizmie i „znajomościach”. I jedni, i drudzy muszą grać w grę pod tytułem „nowa polska rzeczywistość”. Z tym że tym pierwszym w wielkim projekcie „zarządzania zasobami ludzkimi i procesami produkcji” przyznano więcej punktów na starcie. Pierwszym dano możliwość rozwijania „własnej osobowości” w określonych ramach nowego porządku społecznego. Innym pozostawiono role „niewymagające kwalifikacji” bądź też tworzenie domu „nie jako istota świadomie działająca, lecz jako (…) bezosobowa i ogólna (…) natura – jako pewna anonimowa siła duchowa”. Zapomniano tylko jednak, że w utowarowionym świecie utowarowionej pracy doświadczenie socjalizmu daje „wykluczonym” narzędzia do renegocjowania i redefiniowania nowych „normalnych” schematów życia w społeczeństwie. I że „nowa polska normalność” wcale nie musi być ani taka nowa, ani taka „normalna” (chciałoby się napisać, że ani taka polska…), o czym możemy przeczytać w „nowych polskich neo-normalnych” gazetach.
I w tym momencie potrzebny jest antropolog, chociaż zdaję sobie sprawę, że być może moja wizja antropologii plasuje się gdzieś na granicy antropologii kulturowej/społecznej a tak zwanej antropologii społecznie zaangażowanej. Natomiast wydaje mi się, że każda wizja antropologii jest w jakimś stopniu „uwikłana społecznie”. I na chwilę obecną zadanie antropologii/-ów polega również na tym, aby udzielić głosu ludziom niesłysza(l)nym, ludziom wykluczonym, co zresztą antropologia z mniejszym lub większym sukcesem, z mniej lub większą świadomością metodologiczną, praktykuje od mniej więcej stu lat.
Elizabeth C. Dunn, w moim przekonaniu, przedstawia nam właśnie taką perspektywę – udziela głosu ludziom „zapomnianym”, którym nie dane było odnalezienie się w nowym schemacie społeczeństwa. I robi to niezwykle umiejętnie, bez „zacięcia ideologicznego”, bez krzyku i przedstawiania „prawd oczywistych”, bez paternalistycznego „poklepywania po plecach”, tak charakterystycznego dla wielu przedstawicieli nauk społecznych. I to stanowi o niezaprzeczalnej wartości tej książki – godnej przeczytania, przemyślenia i polecenia.
